Kiedy robiłam studia - w tym pedagogikę - co prawda dość dwano to było - ale nikt nam nie mówił, że będąc nauczycielką religii, czy czegokolwiek innego - że mam się znać na samookaleczeniach, zapobiegać samobójstwom, znać się na chorobach, niepełnosprawnościach, opiniach, orzeczeniach, wtrącać się w życie rodziców dzieci, zakładać niebieską kartę, jeździć po MOPSach, GOPSach, stawiać się w Centrum Pomocy Rodzinie i zdawać relację z funkcjonowania ucznia w szkole. KABARET. Nie wspomnę o dokumentacji, którą każdego dnia mam ogarniać, sprawozdaniach i SZKOLENIACH, które piętrzą się z dnia na dzień - chodziażby w minionym tygodniu - 3: o samobójstwach, o obserwacji zajęć i stacjonarne STEAM. Wszystkie odgórnie narzucone, jeszcze jakieś sympozjum katechetyczne on-line było, ale już jednym uchem i okiem rzuciłam - w sumie to było najbardziej owocne, bo zainspirowało mnie do fajnego działania na lekcji. I jeszcze ta presja, jak coś wiesz, i nie zadziałasz - to będą konsekwencje, wiadomo... Oczy naokoło głowy, i czujność ponad miarę:-/
Przykra sprawa.
OdpowiedzUsuń